„Jutro zobaczysz co to znaczy wietrzna pogoda na wyspach” – to były pierwsze słowa wypowiedziane przez kapitana na dzień dobry. Zmieniał się układ frontów i zapowiadał się wiatr lekką ręka do 100km/h i więcej; do tego przy intensywnych opadach deszczu…
Namiastki tego doświadczyliśmy już w drodze do Dublina z Edynburga, gdzie na wysokości 24000ft wiatr wiał już z prędkością ponad 100 węźłów:
Nasze maksimum bocznego wiatru do startu i lądowania wynosi: na suchym pasie 35 węzłów, a na mokrym 30. Obliczamy szybko składowe i podmuchy i wiemy, że jesteśmy niestety grubo powyżej maksimum. Z drugiej strony – ulewa i mocny wiatr nie trwa wiecznie, więc zawsze jest szansa na poprawę. Z taką nadzieją udajemy się do samolotu. Pierwsze co to odpalamy ATIS i słuchamy. Pada jakby mniej, siła wiatru trochę spadła. Dublin powoli ożywa i niektóre załogi próbują coś zdziałać. Wiatr zaczyna coraz to mocniej się „obkręcać” co powoduje dodatkowy chaos i problem dla ATC. Prośby o zmiany pasa sypią się jak z rękawa… Znając charakterystykę takich warunków i tutejszą specyfikę (głównie szybką zmienność sytuacji), kapitan decyduje się na przyjęcie pasażerów. W razie poprawy będziemy mogli od razu ruszyć z miejsca (bynajmniej hipotetycznie ;-) ). Warunki cały czas jeszcze przekraczają maksima, ale z każdą chwilą jest lepiej. Przygotowujemy się do odlotu z pasa 28. Nawet nie myślimy o redukcji ciągu i będziemy korzystali z tego co fabryka dała:
Powtórne podejście przebiega już bez takich emocji i siadamy gładko dokładnie tam gdzie sobie tego życzyliśmy. Niestety, opóźnienie w tym momencie wynosi już przeszło 50 minut i zaczyna się efekt domina. A to dopiero początek kolejnego, pracowitego dnia…
Tagi: wiatr, dublin, edynburg, ryanair, 737, wietrznie
skomentuj (1)
Po zakończonym base training miał miejsce (po uprzednich konsultacjach) przydział lotnisk macierzystych (czyli baz), z których będziemy regularnie latać. Zgodnie z tym na co liczyłem przypadł mi Edynburg. Samo lotnisko oddalone jest o kilka mil od centrum, więc dojazdy nie stanowią żadnego problemu. Charakterystycznym punktem EDI jest specyficzna wieża widziana chociażby z lotniskowego parkingu:
Line training to regularne latanie na liniach z tą różnicą, że za plecami siedzi jeszcze tzw. safety pilot (na nasze warunki można tłumaczyć to jako „instruktor”). Służy on przede wszystkim dobrą radą kiedy sytuacja tego wymaga, a także pomaga ogarnąć (a czasem i wypełnić) sterty papierów. Szczególnie przydaje się to podczas bardzo krótkich odcinków takich jak Edynburg – Dublin – Edynburg czy Edynburg – Stansted – Edynburg podczas, których sam lot na wysokości przelotowej trwa zaledwie kilka minut. A tu trzeba zaplanować podejście, skontaktować się z koordynacją, rozmawiać z ATC i „tyłem”, wypełnić papiery itp…
Jednym z pierwszych odcinków jakie przyszło mi lecieć był EDI – Dusseldorf (Weeze) – EDI… Samolot przejmujemy od poprzedniej załogi i od razu zabieramy się do pracy. Kapitan jako pilot monitorujący na tym leg’u wychodzi i wykonuje inspekcje samolotu. Pilot lecący w tym momencie przygotowuje kokpit. Po wstępnym przygotowaniu:
Tagi: edynburg, edi, ryanair, dusseldorf, 737, 738
skomentuj (2)
To ostatni etap przed rozpoczęciem regularnego latania. Podzielony jest on na dwa dni: pierwszy to nauka tzw. walkaround czyli obchodu samolotu (wykonywanego przed każdym następnym sektorem, a więc pomiędzy lądowaniem a startem) oraz szkolne kręgi (6 tzw. touch and go, czyli lądowania i ponowny start bez zatrzymania). Dzień drugi to już niestety same papiery (zapoznanie się z całą dokumentacją jaką należy wypełniać podczas lotu i po nim).Dzień pierwszy rozpoczął się od spotkania na Stansted (EGSS) samych zainteresowanych (łącznie 5 osób), kapitana i safety pilota. Szczegółowo przedstawili oni plan dnia oraz przeprowadzili briefing. W związku z tym, że Stansted jest mimo wszystko tłocznym lotniskiem, same kręgi miały odbyć się na oddalonym na północny-zachód o blisko 100 mil lotnisku East Midlands (EGNX). Lotnisko to jest dosyć popularne jako ośrodek szkoleniowy w związku z tym w briefingu Jeppesena przewidziane są na tę okoliczność pewne restrykcje dotyczące kręgów szkoleniowych. Przy kręgach wykonywanych po północnej stronie należy omijać (czyli nie przelatywać nad nimi) dwie miejscowości, a właściwie wsie: Castle Doningon oraz Kegworth. Ta ostatnia znajduje się mniej więcej milę na północny-wschód od progu pasa 27. Jej [wsi] granicę na wschód wyznacza malutka rzeka Soar, która jest dobrym punktem orientacyjnym – dzięki niej wiadomo kiedy można rozpocząć najwcześniej trzeci i czwarty zakręt.
Tagi: ryanair, 737, base training, egss, egnx
skomentuj (6)
Materiał tematycznie był zbliżony do tego co dość szczegółowo opisywałem przy A320 (oczywiście, w tym wypadku dotyczył 737NG). Główną różnicę stanowił fakt, że całość (od samego początku) realizowana była wg polityki Ryanaira (a więc wszystkie procedury, briefingi czy dokumenty takie jak FCOM, SOP, QRH, loadsheety). Dzięki temu, po skończonym szkoleniu nie trzeba wczytywać się w różnice jakie ustalił sobie operator [Ryanair] w stosunku do oryginału [Boeing].
Po dwóch tygodniach szkolenia teoretycznego - opartego znów głównie na lekturze dokumentacji, fixed base simulatora i CBT (prezentacji komputerowych) - przyszła pora na pierwsze egzaminy. Na pierwszy ogień poszedł dział performance (osiągi), a wkrótce po nich technical exam (ok. 110-120 pytań dot. tylko systemów 737) i dzień później - ostatni z części teoretycznej - ze standardowych procedur operacyjnych (SOP) Ryanaira. Ten ostatni był poprzedzony prawie całodniowym, szczegółowym omówieniem.
Praktyka to 7 sesji na fixed base simulator i 11 sesji na pełnym symulatorze (z czego 3 pierwsze są bez aktywnej platformy). Po przećwiczeniu całego materiału ma miejsce formalny egzamin LST (license skill test). Polega on na tym, że w przeciwieństwie do poprzednich sesji, gdzie każda ze spodziewanych awarii była dokładnie omawiana przed rozpoczęciem, tutaj wszystko jest dla egzaminowanego niespodziewane.
Całość rozpoczęła się od kilku pytań od egzaminatora nt systemów, procedur i tzw. recall items (procedur wykonujących się z pamięci po wystąpieniu określonej usterki, a nie tak jak w większości przypadków czytaniu „ściągawki”, czyli QRH). Po tym miał miejsce praktycznie normalny lot na trasie Edynburg (EGPH) – Londyn Stansted (EGSS), łącznie ze symulowanymi zapowiedziami dla pasażerów czy kontaktowaniem się z załogą kabinową. Wszystko szło jak w zegarku aż do ok. 10-15 min. po starcie, gdzie awarii uległ prawy silnik. Zatrzymaliśmy wznoszenie i po rzucie okiem na przyrządy od razu zobaczyliśmy, że nie nadaje się on do restartu. Zdecydowaliśmy się na powrót do Edynburga. Podczas zniżania przyszła pora na pożar APU, które w tamtym momencie było częściowym źródłem elektryki. Po jego ugaszeniu, zostaliśmy tylko na jednym podstawowym źródle prądu przmiennego (w takiej sytuacji nawet gdybyśmy nie mieli awarii silnika i tak musielibyśmy lądować na najbliższym lotnisku). W okolicach podejścia czekał nas TCAS RA (manewr w celu uniknięcia zderzenia z innym samolotem) i awaria jednej lewej pompy elektrycznej. Po ustabilizowaniu podejścia w ILS’ie dostaliśmy jeszcze ostrzeżenie o awarii lewego PACK’a (czyli w połączeniu z awarią prawego silnika byliśmy pozbawieniu obydwu), ale z racji bycia poniżej 10,000ft nie było ryzyka, że wysokość kabinowa zacznie rosnąć w skutek czego konieczne będzie założenie masek. Jedyną ew. niedogodnością w prawdziwym samolocie byłaby rosnąca temperatura w kabinie. Biorąc to wszystko pod uwagę zdecydowaliśmy się już nie wykonywać przeznaczonych do tego procedur, gdyż zmusiłoby to nas do odejścia na drugi krąg ze względu na niską wysokość. O dziwo nic nam pasa nie zablokowało (a to bardzo częsty scenariusz w tego typu lotach!) i wylądowaliśmy za pierwszym razem. Podczas dobiegu włączył się alarm pożaru przedniego cargo. Tuż po zatrzymaniu przez system PA (public adress – ten, przez który pasażerowie i załoga kabinowa słyszą komunikaty z kokpitu) podaliśmy komunikat „attention cabin crew at stations”. Dzięki temu stewardessy/stewardzi wiedzą, że może mieć miejsce ewakuacja i spodziewają się po jakimś czasie albo komendy „This is emergency evacuate the aircraft using all available exits” (powtarzanej dwukrotnie) lub „cabin crew resume normal operations”. Pożaru nie udało nam się ugasić wobec czego podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Polityką Ryanaira jest wykonanie wszystkich czynności związanych z ewakuacją z pamięci, a jeżeli czas pozwoli. należy sprawdzić czy wszystko zostało wykonane za pomocą checklisty. Checklista na wypadek ewakuacji jest nadrukowana na tylnią stronę QRH (czyli naszej ściągawki) po to, by była szybko dostępna w tak krytycznym momencie.
Po całym szkoleniu można chyba pokusić się o drobne porównanie do A320. Pod względem „logiki” systemów, A320 wydawał się nieco łatwiejszy i lepiej „ułożony” w stosunku do NG. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o radzenie sobie z sytuacjami niestandardowymi. Żeby nie było żadnych nieporozumień – obydwa samoloty pod względem architektury systemów są tak samo bezpieczne, jednak by osiągnąć te same efekty w 737 trzeba się nieco bardziej namęczyć niż miałoby to miejsce w A320. Najlepszym tego przykładem jest chociażby wykonywanie manewrów (GPWS) w celu uniknięcia zderzenia. W A320 można było ściągnąć sidestick maksymalnie na siebie i nie martwić się o prędkość, gdyż ta była automatycznie zabezpieczona. Dzięki temu manewr był niesamowicie efektywny. W 737 prędkości podczas takiego manewru trzeba pilnować cały czas, więc ze ściąganiem wolantu na siebie (a poprzez to ze zwiększaniem prędkości wznoszenia) trzeba być ostrożnym, żeby nie przeciągnąć samolotu…
Swoistą ciekawostką przy porównywaniu obydwu samolotów jest lista dodatkowego wyposażenia z jakim można się spotkać w 737NG. Najbardziej w oczy rzucają się elementy związane z monitorowaniem systemów. W A320 w podstawowym wyposażeniu dostajemy ECAM dzięki czemu status każdego systemu (temperatury kół, elektryki, hydrauliki itp.) jest wyświetlany za pomocą czytelnych schematów na jednym z ekranów. O czymś takim w 737NG można pomarzyć. Wszystkie wskaźniki porozrzucane są po całym kokpicie, a wielu z nich po prostu nie ma. Dolny wyświetlacz w podstawowej wersji wskazuje w dwóch linijkach jedynie ilość płynu hydraulicznego i jego ciśnienie. To wszystko. W maksymalnej wersji mamy jeszcze temperaturę hamulców i położenie powierzchni sterowych. Dodatkowo zapłacimy za możliwość wykonywania podejść CAT3B, certyfikację do wykonywania startów/lądowań z tylnim wiatrem o sile 15kts itp. Jednym słowem – zdzierstwo ;)
Czas po szkoleniu upłynął na kilku lotach na jumpseatcie i obserwacji typowych operacji (kontakt z dispatchem, załadunek pasażerów, obchód samolotu pomiędzy lotami, wypełnianie sterty papierów itp.). Trzeba pamiętać, że średni turnaround (czyli wymiana pasażerów, zatankowanie, przygotowanie się do następnego lotu) trwa 25minut. W związku z tym, jest to jeden wielki sprint i warto ten fakt zauważyć przed właściwym lataniem…
Przed lotami z pasażerami, Ryanair organizuje jeszcze tzw. base check, czyli loty szkolne „żywym” samolotem bez pax’ów. Ale o tym wkrótce :-)
Tagi: ryanair, type rating, 737ng
skomentuj (0)
Tak jak myślałem, ujeżdżanie E145 na szczęście okazało się tylko chwilową alternatywą. Udało się załapać na całkiem niezły kontrakt w Edynburgu na... 737NG u największego operatora w EU - tak, zgadliście :-) Warunki rozsądne, po skończeniu TR na 737, czeka trochę czasu jako F/O, a potem - po odpowiedniej ilości godzin - zagwarantowana przesiadka na lewy fotel.
Tak więc zapowiadają się się minimalne turn around'y, zróżnicowane destynacje, duże load factor no i nowy samolot.
Stay tuned...
Typowa dniówka to 4 sektory. Dzisiejszy plan to WAW-TXL-WAW-ODS
(Odessa) – WAW. Pierwszy odlot o 6:45,
więc budzik dzwoni przed 5:00. Pogoda do Berlina i na powrót wydaje się być
dobra – bierzemy papiery i jedziemy do samolotu. Po nocce wszystko pozamykane. Mimo wczesnej pory jesteśmy numer 3 do startu,
a w dodatku na podejściu są jeszcze dwa samoloty (tym razem, ze względu na
wiatr wszystko idzie z/do pasa 15). Na TCAS’ie widzimy przeplatające się odloty
z przylotami, a po kilku minutach sami ruszamy z kopyta. Wznosimy się gładko
jak po maśle, z chmur wychodzimy w okolicach FL200:
Lot krótki, więc tuż po wejściu na wysokość przelotową (36000ft) patrzymy w
mapy i słuchamy ATISu. Do lądowania pas 26R. Na zniżaniu w okolicach 8000ft
krótka turbulencja, która kończy się równie szybko jak się zaczęła, a my
wpadamy na prostą. Dostajemy zgodę na lądowanie, a w tym czasie 737 Airberlin
zgodę na zajęcie lewego pasa:
C.D.N.
Tagi: erj145 dniówka lot
skomentuj (1)
Heh, od czego by tu zacząć, bo już trochę od ostatniego wpisu minęło, a pozmieniało się praktycznie wszystko...
Stara firma, która właśnie przechodziła, wydawać by się mogło intensywny rozwój, nacięła się na zły okres czasu na tego typu działanie. Kryzys, spadek ilości pasażerów, kłopoty z siatką połączeń i bazami, do tego drastyczna wymiana floty... Efekt był taki, że linia "zgasła" z dnia na dzień. Jak zwykle w tego typu sytuacji żal przede wszystkim zgranej załogi, no i zapowiadającego się fajnie śmigania na a320. Rynek okazał się na tyle brutalny, że nie było opcji załapania się w EU...
Sytuacja robiła się co raz bardziej skomplikowana, aż do kilkunastu dni wstecz, gdzie z - wydawać by się mogło apogeum - czekał szybki spadek wprost do perygeum. A wszystko miało to związek z równie nieciekawą sytuacją w vLOTcie. W jakim stanie jest nasz narodowy przewoźnik chyba wspominać nie trzeba, aczkolwiek jest jeden ciekawy aspekt. Dosyć zróżnicowana flota (atr'y, erj145, e170/175, 737, 767) dostarczyła dość ciekawego problemu. Otóż wyszkolenie pilota na erj145 jest - uwaga - nawet i dwa razy droższe niż na a320/737(!). A perspektywy pracy na tym samolocie na naszym rynku wcale nie kształtują się różowo. Ot, jeżeli ktoś wykłada własne pieniądze (a linia pewnie wolałaby, żeby tak było, jeżeli nie ma własnego ośrodka szkoleniowego) na przeszkolenie na typ, to chce mieć pewność, że jest to mądra inwestycja, która przyniesie po prostu zatrudnienie. Przeszkalając się jednak na popularnego "ołówka" automatycznie lista potencjalnych pracodawców dosyć mocno się skraca.
I tu właśnie powstał problem - część załogi z erj145 przechodziła wraz ze wzrostem "seniority' na większe samoloty (głównie e170/175), część uciekała (jeżeli tylko miała możliwość przejścia do bardziej stabilnego pracodawcy) i na ołówku powstawały dziury.
Erj145 to mój pierwszy jet, którym latałem jeszcze w odległych czasach Aztec Airways. Od tego czasu mięło już kilka ładnych lat, ale teraz miałem do niego wrócić w związku z propozycją nie do odrzucenia. A brzmiała ona krótko i treściwie: prawy fotel na erj’cie. W takiej sytuacji głupotą byłoby nie skorzystać, chociaż cały czas po głowie chodzi jedno: „to ma być tylko rozwiązanie tymczasowe”.
Oczywistym jest, że po takim okresie nielatania na danym typie nie ma możliwości wskoczenia do samolotu na „hura”. Od razu trzeba było usiąść nad papierami (głównie AOM – airplane operations manual i AFM – airplane flght manual) i bardzo dokładnie wszystko sobie przypomnieć – w końcu konieczny był pełny egzamin teoretyczny i praktyczny.
A „ołówek” jest dosyć specyficznym tworem. Honywell’owska awionika (mniej rozbudowana niż w E170/175, zwłaszcza, jeżeli chodzi o monitorowanie poszczególnych systemów samolotu) i dosyć dziwne rozwiązania w zakresie elektryki: nie spotkamy tutaj – jakby się mogło wydawać – standardowego rozwiązania w postaci dwóch generatorów prądu przemiennego (AC) wraz z napędem stałej prędkości (IDG) co jest absolutnym standardem na innych większych samolotach jak a320/330/737/757/767 itp., ale również i u bezpośredniej konkurencji (CRJ700-900). Embraer wymyślił sobie za to, że zastosuje 4 generatory prądu stałego (DC), które przez falownik będą konwertowały DC w AC… Cóż, skoro taka wola nieba… Szkoda, że „trochę” to wszystko komplikuje: 4 generatory DC, generator uruchamiania APU, dwa akumulatory + jeden akumulator zapasowy, falownik DC>AC , a to wszystko zakrapiane sporą ilością BUS’ów (szyn) m.in. DC BUS1, 2, general; hot bus 1 i 2, backup essential bus, backup hot bus, backup bus 1 i 2 i wiele innych. To wszystko sprawia, że mimo iż elektryka działa praktycznie w pełni automatycznie, to jest to jedne z bardziej skomplikowanych rozwiązań jakie widziałem, które niestety trzeba mieć opanowane w małym palcu na wypadek awarii… Reszta układów jest już bardziej konwencjonalna, może poza zasilaniem powierzchni sterowych. Wystarczy dodać, że możliwy jest lot po kompletnej utracie hydrauliki…
Tak oto 3 tyg. po złożeniu propozycji nie do odrzucenia, intensywnym procesie powtarzania (chociaż czasem miałem wrażenie, że po prostu uczenia się) materiału, egzaminach i zagłębianiu się instrukcję operacyjną LOTu przyszedł czas na pierwszy lot wraz z instruktorem (line check). Tylko dwa sektory (WAW – MUC – WAW), ale na początek w zupełności powinny wystarczyć. Gdy przyjeżdżamy do samolotu nie ma już śladu po poprzedniej załodze, za to w kokpicie krząta się mechanik. Okazuje się że był problem z wyświetlaczem (DU – Digital unit) po stronie kapitana. Zwykły reset bezpieczników miał pomóc, a potwierdzić mógł to tzw. self test (widoczny na zdjęciu poniżej na lewym ekranie)
Kapitan wyszedł zrobić obchód, z racji że mieliśmy lekką nadwyżkę czasu była to jedyna okazja by zrobić kilka zdjęć kokpitu z szerszej perspektywy (a powód prozaiczny – po prostu jest bardzo ciasno).
Po powrocie CPT zaczął się boarding, a my kończyliśmy przygotowania w szoferce. Z naturalnych względów instruktor chce, by obydwa legi jako PF (pilot lecący) były moje – w końcu gadanie na radiu wygląda w każdym samolocie tak samo ;)
Zatankowani byliśmy praktycznie na ful, z racji tego że braliśmy od razu paliwo na powrót. Trochę cargo i 36 dusz na pokładzie sprawiło, że byliśmy w widełkach między MLW a MTOW – mieliśmy trochę zapasu do maksymalnej masy startowej, ale jednocześnie przekraczaliśmy maksymalną masę do lądowania.
Uruchamiamy o czasie. Silników praktycznie nie słychać. To dosyć charakterystyczna cecha samolotów takich jak MD8x, CRJ, F70/100 czy właśnie ERJ145. Z tym, że w ERJcie nie słychać aż tak głośno pack’ów czy awioniki...
Kołuje CPT, a do odlotu pas 33 ze względu na zamknięty 29. Do startu jesteśmy numer dwa za ATRkiem, ale przepuszczamy też jednego lądującego:
Po starcie dostajemy od zbliżania prośbę o utrzymywanie kursu pasa i wznoszenie do poziomu 220, by po chwili dostać skrót na punkt LOLSI, który jest naszym fixem wylotowym z TMA Warszawy. CPT na moją prośbę ustawia poszczególne mody działania autopilota, gdyż od samego początku mam zamiar skorzystać z okazji i polecieć trochę „na łapę” tym samym przyzwyczajając się do trzymania „rogów” (czyli wolantu) prawą ręką. Po zakręcie w kierunku LOLSI i w okolicach FL90 załączamy AP . Po przejściu 10,000 stóp lekko, ale zarazem płynnie przyspieszamy od 240 do 270 węzłów i wyłączamy sygnalizację zapięcia pasów. Przed nami maluje się wyjątkowo spokojny obraz na radarze pogodowym, w porównaniu do tego co działo się kilka dni wcześniej, ale i tak na częstotliwości obszaru ktoś w innym rejonie prosi o zgodę na ominięcie „CBka” (czyli chmur(y) cumulonimbus. Zaczyna się ściemniać ale mimo to udaje się złapać jakąś przelotówke:
Ruch jak na Monachium dosyć mały i dostajemy sprawne wektory do pasa 26R. Znowu maksymalnie wcześnie staram się wyłączyć autopilota by wyczuć samolot. Trzeba szczególnie uważać w końcówce podejścia, żeby nie „rozbujać się na boki” – ot taka cecha charakterystyczna ołówka. Lądowanie i w TDZ i miękkie, szkoda tylko że nie do końca po tej stronie linii centralnej po której miało być. Instruktor z uśmiechem kwituje tylko „przyzwyczaisz się”. Kołowanie w okolice terminalu 2 na płytę postojową gdzie co prawda nie ma rękawów (mamy w końcu własne schody), ale nie ma również marszałka, zamiast tego safedock (pokazujący na tablicy przed oczami pilotów ich pozycję względem stanowiska i dystans do miejsca, w którym należy się zatrzymać). Samo stanowisko umieszczone dosyć „głęboko” i daleko od drogi kołowania… Po zatrzymaniu, rozpięciu paxów i wyłączeniu silników szybko miłe nastroje się pogarszają, gdy dowiadujemy się, że ze względu na slot musimy uwinąć się w 20minut…Kapitan znowu błyskawicznie wyskakuje i robi obchód przy okazji poganiając „neona” (czyli osobę odpowiedzialną za chociażby dostarczanie wyważenia, wprowadzanie pasażerów itp.) by jak najszybciej ściągnął (a właściwie to ściągnęła) naszych paxów. Minęło 10 minut, a my jesteśmy już po obchodzie samolotu, z wklepaną trasą, zbriefingowani częściowo do odlotu (na tyle, na ile mogliśmy bez loadsheetu czyli dokumentu z wyważeniem samolotu i ciężarem). W końcu podjeżdża autobus, jak po złości prawie komplet paxów… Kapitan staje w drzwiach kokpitu i sam jeszcze energicznie zachęca do szybkiego zajmowania miejsc. W momencie w którym zamykamy drzwi jest właśnie nasza godzina odlotu (tzw. CTOT – calculated take off time). Jednak slot ma „okienko” od -5 do +10 minut od CTOT, więc istniała szansa że się wyrobimy i nie zamierzaliśmy jej zmarnować. Wspominałem o tym, że nasze stanowisko było umieszczone dosyć daleko od drogi kołowania. W związku z tym w połowie trasy jaką mieliśmy do pokonania przy wypychaniu mieliśmy uruchomione już obydwa silniki i tylko nerwowo spoglądaliśmy na zegarek… W momencie w którym ruszaliśmy były 3 min do końca slotu. Daawno nie widziałem tak szybkiego kołowania, a na ERJcie to chyba nigdy. Fizycznie można było czuć jak samolot ze względu na swoją budowę (wąski - krótki kadłub, długie - nisko zawieszone skrzydła) przechylał i składał się w zakręcie, jakby końcówka skrzydła miał dotknąć ziemi… Zmieniam częstotliwości w tempie karabinu maszynowego (a od wypychania do startu w Monachium trochę ich jest). Omijamy kolejkę do startu i z minutą zapasu startujemy „z woleja”. Tym razem od razu po starcie na minimalnej możliwej wysokości (500ft) załączamy AP byleby tylko odetchnąć. Reszta lotu do Wawy spokojna, szybko dostajemy skórt na WA533 (punkt na prostej do pasa 33), za to na prostej prośba od twr o redukcję prędkości do minimum ze względu na samochód na pasie – pewnie coś sprawdzał dyżurny). Siadamy 10minut przed planowanym czasem i spokojnie kołujemy do stanowiska 34…
C.D.N.