Wreszcie chwila wolnego czasu. Przyszedł czas na dziarską wyprawę dookoła świata. Ze względu na bardzo dużą ilość lotów podzielę to na etapy:

ETAP 1 Warszawa – Punta Cana (EPWA-MDPC)

METAR
dla Okęcia który mieliśmy na briefingu wyglądał kiepsko – RVR 300m, +SN
i niski OVC. Dobrze, że my tylko odlatywaliśmy… W drodze na lotnisko
sytuacja uległa diametralnej poprawie (tak szybko jak zaczęło padać tak
szybko przestało) – pogodę mieliśmy więc „z głowy”. Samolot czekał już
zapakowany, a w momencie kiedy umiejscawialiśmy się w kokpicie kończono
tankowanie. A do tankowania – 115 ton paliwa. Deicing i szybkie
kołowanie na pełny dystans 33. Było co rozpędzać, tylko 10 ton poniżej
MTOW. Z gracją odrywamy się i czekamy na dalsze wznoszenie. Mijamy
opozyta i po prostej na KORUP i do przelotowej – początkowo FL320. Nad
Londynem (w ok. LAM – Lambourne VOR) wznosimy się na FL360. Początek
przeprawy przez „sadzawkę” był dość nerwowy: mimo, że wiatr nie był
mocny (zgodnie z tym czego się spodziewaliśmy) to jednak dosyć
porywisty. Uskoki po kilkadziesiąt kts były normą: latanie w takich
warunkach to nic miłego. Nie było co prawda znacznych turbulencji, ale
utrzymanie prędkości często było niemożliwe. Na szczęście po około 30
min zjawisko to ustało i dalej bez żadnych problemów.

Image

Z
biegiem czasu siła wiatru wzrastała, a prędkość malała. 120kts w dziób
spowodowało godzinę „opóźnienia” (które w briefingu łatwo było z wind
chartu wyliczyć)
Szybkie zniżanie i podejście RNAV (dlaczego u nas są tak mało popularne?) do pasa 09:

Image
Image

Po 11h kończymy lot z 15 tonami paliwa – jak w zegarku. Na samym lotnisku zdecydowanie najciekawszy jest „oryginalny” terminal:

Image

ETAP 2 Punta Cana – Quito (MDPC – SEQU)

Po
przeładowaniu cargo i drobnym odpoczynku przyszła pora na Quito – jedno
z najwyżej położonych lotnisk na świecie (9214 ft amsl)
Lot spokojny, nawet tubylców (znaczy się tutejsze ATC) udało się spotkać.
W pewnym momencie „wysiadł” nam GEN2:

Image

QRH w łapę – każą zrestartować generator. Nic to nie dało, więc lecimy dalej na pozostałych dwóch.
W
Quito nocne, deszczowe podejście. Czuć, różnice w osiągach samolotu na
tak wysoko położonym lotnisku – ciąg na końcowym podejściu zdecydowanie
większy niż na innych lotniskach.

Image

Lądowanie „konkretne”, szybki dobieg i na cargo.
Przewertowaliśmy
MEL – teoretycznie możemy dalej latać bez jednego generatora, ale OPS’y
załatwiają serwis (w Quito ma bazę techniczną KLM dla swoich MD11).
Zostawiamy samolot na noc i spać.

ETAP 3 Quito – Panama (SEQU – MPTO)

Rano samolot czeka już w pełni sił – generator jak nowy. Dokładne kalkulujemy prędkości i wyważenie do startu .

Image
Widok na przylotniskową drogę

V1 w połowie pasa, rotate niemalże na ostatku…

Image
Po starcie całkiem ładne widoki.

Sam lot spokojny aż do bólu – po 1,5h lądujemy w Panamie i przepakowujemy się na apronie cargo:

Image

ETAP 4 Panama – San Jose (MPTO – MROC)
Bierzemy
paliwo i po 1h rozładowywania cargo niemalże na pusto ruszamy w
kierunku San Jose. Miła odmiana dla Quito: maksymalnie zredukowany ciąg
a my i tak odrywamy się po ok. 1000m. Idziemy w górę ponad 6000ft/min.
Zawracamy zgodnie z sidem o 180 stopni i przelatujemy nad centrum
Panamy:

Image

Po
11 minutach od startu jesteśmy na FL420. Nim się obejrzeliśmy był już
TOD i zniżanie. Wietrzne podejście na pas 07 więc nie było czasu na
focenie. Jakiś spotter nas wyręczył:

Image Image