Koniec urlopu. Z racji nowej, globalnej polityki firmy i otwieraniem kolejnych baz (ciekawa strategia na okres kryzysu, prawda?) trzeba było udać się na słynne Antyle i części rzeczy dopilnować osobiście. Docelowo na TNCM mają stacjonować dwie Cessny 208 – jedna w wersji PAX, druga CARGO i latać między, TNCM, TFFJ i TNCS. No właśnie TNCS, czyli wyspa Saba. Pas o zawrotnej wręcz długości 400m (czterystu metrów) – nic innego poza Twin Otterem komercyjnych lotów na to lotnisko nie wykonuje. W związku z tym potrzebna była masa papierów i zezwoleń od wszelkiej maści urzędów (gorzej niż z ULC ;) ). Dzień przed wylotem czekało mnie jeszcze KTP na Caravanie na Babicach.. Godzinka lotu i kolejny wpis do kolekcji.
Sam lot na St.Maarten w całości KLM’em (WAW-AMS-SXM) – dość powiedzieć, że po lądowaniu jedyną rzeczą na jaką człowiek miał ochotę to udać się do hotelu i pójść spać – na szczęście daleko nie było ;)

Pobudka z samego rana. W biurze Air Caraibes spotykam się z Jurgenem – pilotem C208, który na co dzień lata po Karaibach i ma w tym spore doświadczenie. Mimo tego, on również na „Sabie” nie lądował. Do tego zadania będziemy potrzebowali kolejego pilota latającego na Twin Otterze dla Winair, którego weźmiemy z St. Barthelemy. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z paradoksu: jedyna osoba z nas, która lądowała na Sabie nie lata na C208, którą musimy tam posadzić… W kupie siła jak to się mówi.
W tabelach jeszcze raz wszystko sprawdzamy i liczymy odległość potrzebną do lądowania – powinniśmy się zmieścić. Oby, bo jak nie to czeka nas kąpiel.
Na lotnisku znajdujemy nasz samolot (F-OHQN), który właśnie wrócił z TFFJ – widać jeszcze w środku pilota (załoga na tych krótkich lotach jest tylko jednoosobowa): 


Oczywiście PF (pilot flying) jest Jurgen, mimo to prosi, żebym to ja zajął lewy fotel argumentując to lepszymi widokami… „Just seat and relax”. Uruchamiam starter (jest na panelu z lewej strony), a Jurgen daje paliwo. Niby ten sam dźwięk słyszałem 2 dni temu w EPBC, ale w tym rejonie świata brzmi on jakby jeszcze piękniej ;) Kołujemy do pasa 05 i zajmujemy go za Bonair’em:



Po starcie moooocno trzęsie – mój przewodnik mówi, że to całkiem typowe o tej porze i w tym miejscu. Po ok. pięciu minutach lotu już jesteśmy na prostej. Dla mnie w tym momencie to za dużo powiedziane (prosta) – widać było same drzewa. Zastanawiałem się skąd on wie, pomiędzy którymi jest lotnisko…
Jazda absolutnie bez trzymanki, przelatujemy nad ludźmi i samochodami może jakieś 2 metry, na pewno nie więcej. Podobno jakiś czasu temu wydarzył się tu wypadek, gdzie zginął spotter (uderzony przez koło) :(
Nasze podejście z płyty filmował też Florian (ten od Twin Ottera i SAB’y ;) ) :

Po dokołowaniu do terminala wychodzimy i witamy się z Florianem. Robię zdjęcie portu i praktycznie od razu wracamy do samolotu:



Umiejscawiamy się w kokpicie: Jurgen na fotelu cpt, ja na miejscu f/o, a Florian na pierwszym siedzeniu pasażerskim po prawej stronie (zaraz za mną). Ustalamy plan działania i kołujemy. Zdecydowaliśmy, że zrobimy (a właściwie zrobię ja) kilka lądowań na TFFJ a potem polecimy do naszego głównego celu (SABA). Startuje jeszcze Florian. Na pozycji z wiatrem oddaje mi stery i podaje wskazówki „co zrobić, żeby było dobrze”. Główna z nich brzmiała „nie bać się ludzi i tego jak nisko nad nimi lecisz” – w tym momencie przypomniał mi się wypadek… Wchodzimy na prostą, będąc lekko wyżej co umożliwia przycelowanie w pas, który za chwile zniknie za drzewami – potem praktycznie do ostatnich metrów na czuja. Obydwoje zgodnie stwierdzają by trzymać na podejściu 80kts a potem mijając ostatnie wzniesienie przed pasem zamknąć przepustnicę i oddać ster, a na samym końcu nie zapomnieć o konkretnym wytrzymaniu nad pasem. Robię dokładnie tak jak sugerowali i… udaje się i to chyba nawet całkiem nieźle – my cali, samolot też. Nawracamy na końcu pasa i kołujemy jeszcze raz. Chwile przed nami lądował Otter Winairu, którego udaje się  Jurgenowi złapać z lewego fotela: 



Robimy jeszcze dwa takie kółka i odlatujemy w kierunku wyspy Saba. Florian radzi, byśmy zaczęli od niskiego przejścia nad pasem, co pozwoli nam oswoić się z tymi 400 metrami betonu. Śmieje się, że Otterem wylądował by dwa razy. Otterem może i tak, ale nie naszym Caravanem… Przechodzimy nad pasem sprawdzając wiatr – no masz, wieje jeszcze idealnie w poprzek z silą ok. 15 węzłów. Budujemy nowy krąg i przygotowujemy się do podejścia. Do tej pory pamiętam słowa Floriana do Jurgena „Celuj w cyfry, tylko nie przesadź, bo wpadniesz w skały. Jak wylądujesz znacznie za cyframi to istnieje spore prawdopodobieństwo, że nas zmoczysz”. W między czasie kończyliśmy już ostatni zakręt. Floriana mimo wszystko nadal nie opuszczał dobry humor i stwierdził: „panowie, niezależnie od wyniku to był zaszczyt” – wierzcie lub nie, wprowadziło to odrobinę luźniejszej atmosfery do kokpitu.
Jurgen cały czas pilnował prędkości, trzymając ją w okolicach 75kts, dosłownie tuż nad granicą przeciągnięcia. Plan był właśnie taki, by tuż nad cyframi mieć prędkość zbliżoną do prędkości przeciągnięcia – tu nie ma miejsca na błąd. Florian z tylnego fotela cały czas podawał swoje uwagi, mi pozostało jedynie siedzieć i czekać. Mijamy cyfry i… gleba! Jurgen natychmiast włącza pełny rewers i kopie w hamulce. Efekt był taki, że wręcz wisieliśmy na pasach. Jedno wiemy na pewno, mimo tak krótkiego pasu hamować trzeba będzie jednak z wyczuciem:

Wjeżdżamy na apron gdzie wita nas grupka „kibiców”. Zostawiamy samolot i idziemy na obiad, gdzie wszystko dokładnie omawiamy.
Wracamy gdy słońce powoli chyli się ku zachodowi. Jak widać, trochę się zagadaliśmy… Tym razem ja sadowię się na lewym fotelu, Jurgen na prawym. Jurgen robi jeszcze jeden krąg, ja kolejne trzy. Emocje już dużo mniejsze, do tego stopnia, że pod koniec z tyłu dobiegają nas odgłosy ziewającego Floriana ;)
Tuż przed zachodem słońca odlatujemy z powrotem w kierunku St.Maarten. Jurgen podpuszcza mnie, żeby wylądować w karaibskim stylu – na cztery czerwone, tym samym zapewniając turystom na plaży nie lada emocje. Tak też robię, chociaż nikogo chyba nie wystraszyliśmy – na plaży ze względu na porę, raczej pustka…

Na lotnisku żegnamy się (obydwoje jutro wracają do normalnej pracy i z rana z TNCM odlatują), a ja udaje się na chyba zasłużony odpoczynek do hotelu…