Demagogia (podobnie do plotek) ma tę jedną przykrą cechę, że
bardzo szybko i skutecznie się szerzy, natomiast odkręcić lub ją naprostować
jest bardzo trudno (a czasem niestety okazuje się to już wręcz niemożliwe).
Niesamowitą ilością mitów, wypaczeń i fobii obrosło niestety także wirtualne
latanie. Co jest tego powodem ciężko powiedzieć, zaryzykuję w tym miejscu i napiszę,
że jest to przejaw postaw wręcz „ksenofobicznych”.  Dyskusja między zwolennikami a przeciwnikami
wirtualnego latania przypomina nieco sprzeczki pod tytułem „Airbus czy Boeing”
i już z tego samego założenia widać, że jest bezcelowa i konsensusu raczej nie
przyniesie.
Podejście do vlatania jest skrajnie różne, tak samo jak i sposoby jego uprawiania.
Często słychać głosy osób, które uruchomiły dowolny symulator (podchodząc
oczywiście do niego z odgórnym, pesymistycznym nastawieniem), wybrały pierwszy
lepszy samolot i ich wyrok był oczywisty – „przecież to jest do bani, o czym wy
w ogóle mówicie?” Ich ocena nie dziwi ich samych (wszak rezultat jest zgodny z
ich wcześniejszym założeniem), ba mnie samego jak i większość środowiska też
nie. Dziwią mnie (a właściwie to śmieszą) dyskusje próbujące przyrównywać
latanie wirtualne do realnego, bo to są tak naprawdę dwie różne rzeczy – i nikt,
ale naprawdę nikt tego nie ukrywa! Trzeba w odpowiednich momentach potrafić
rozróżnić co jest co, gdzie kończy się granica kompetencji jednej frakcji, a
zaczyna drugiej.
By móc czerpać jakąkolwiek przyjemność z wirtualnego latania trzeba niestety
poznać cały temat symulatorów „od podszewki” i zadać sobie pytanie do czego ma
nam to służyć. Podziwiania krajobrazów za oknem? Real. Czucia wibracji silnika
i zapachu lotniczej nafty? Real. Odczuć fizycznych? Real. Zarabiania pieniędzy
latając? Real. Poznawania mnóstwa różnego rodzaju samolotów? Uczenia się
nawigacji? Oblatywania przeróżnego rodzaju procedur? Ćwiczenia sytuacji
niestandardowych, awaryjnych? Nauce frazeologii i komunikacji lotniczej? Próbie
„spraktykowania” właściwie dowolnej wiedzy teoretycznej? Spojrzenia na
zagadnienia lotnictwa kompleksowo?
Jak pewnie zauważyliście od pewnego momentu przestałem udzielać odpowiedzi,
wniosek niech będzie dowolny dla każdego i zgodny z jego umysłem i sumieniem.
Dopiero wiedząc co nas interesuje jesteśmy w stanie posunąć się o krok dalej i
zacząć myśleć o symulacji i realizmie. No właśnie – realizm. Ulubiona wręcz
broń przeciwników vlatania. Słusznie? I tak i nie.  Żaden, ale to żaden symulator (nawet warty
parę ładnych milionów euro FFS) nie odda absolutnie wszystkich aspektów
związanego z lotem i tego trzeba być świadomym – zawsze i wszędzie. Dlatego w
mojej opinii realizm to rzecz względna i to, że jeden samolot w fsie nie
zachowa się poprawnie w korku, nie będzie oznaczało, iż nie stanie się tak z
innym.  Wszystko zależy od przygotowania
zewnętrznego softu, umiejętności programistów, podejścia do tematu. Można
zrobić samolot w do FSa w 2 dni, ale można również i np. w cztery lata z
udziałem dziesiątek real pilotów, zaprzęgnięciem realnego symulatora (i
możliwości jego użycia w dowolnym momencie) i pod patronatem linii lotniczej.
Ten ostatni przypadek dotyczy akurat A320 robionego przez pewną firmę (by nie
siać kryptoreklamy), a zaangażowany w projekt jest chociażby realny ośrodek
szkolenia Jetblue ;) Czy naprawdę uważacie, że gdyby nie prawdziwa pasja i
nadzieja na zrobienie czegoś tak autentycznego, na ile pozwalają na to warunki ( i ograniczenia domowych PC, których podkreślę
raz jeszcze wszyscy zrównoważeni są świadomi!)
 ten sztab ludzi zaangażowałby się w taki
projekt? Odpowiedź jest chyba oczywista.
Kolejny ciekawy mit dotyczy sprzętu służącego do vlatania (osławiony już
joystick :-) ) A kto bogatemu zabroni? 
Stać cię, masz siły, miejsce i samozaparcie?  A to zbuduj sobie w domu kokpit!









A jak zbudujesz, poświęcając na to pot, krew, łzy i dziesiątki tysięcy
zielonych, to nawet piloci z Centrala mający okazje go przetestować będą pod
wrażeniem możliwości. Jest to przykład wzięty z życia mojego Przyjaciela Jacka
jak i jego Żony Edyty (która jest tak samo zakręcona na punkcie symulatora jak
on sam ;). Oprócz pilotów liniowych gościł (i gości) u siebie całą masę
chociażby pilotów turystycznych, którym „dawał taki wycisk”, że chyba zapamiętają
go na długo. Reakcje? Zawsze (nie ważne czy padające ze strony pilota 737, C152
czy motolotni) przewyższające wyobrażenia na temat tego, co można zrobić w
domu. A dlaczego właśnie takie? Bo są to ludzie na tyle inteligentni, że są
świadomi ograniczeń symulatorów, natomiast nie odbierają chociażby ich walorów
edukacyjnych i o to do wszystkich (nawet i sceptyków) z tego miejsca apeluję –
wszak łączy nas wszystkich jedna pasja.