vlatanie blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: symulator

    Demagogia

    1 komentarz

    Demagogia (podobnie do plotek) ma tę jedną przykrą cechę, że
    bardzo szybko i skutecznie się szerzy, natomiast odkręcić lub ją naprostować
    jest bardzo trudno (a czasem niestety okazuje się to już wręcz niemożliwe).
    Niesamowitą ilością mitów, wypaczeń i fobii obrosło niestety także wirtualne
    latanie. Co jest tego powodem ciężko powiedzieć, zaryzykuję w tym miejscu i napiszę,
    że jest to przejaw postaw wręcz „ksenofobicznych”.  Dyskusja między zwolennikami a przeciwnikami
    wirtualnego latania przypomina nieco sprzeczki pod tytułem „Airbus czy Boeing”
    i już z tego samego założenia widać, że jest bezcelowa i konsensusu raczej nie
    przyniesie.
    Podejście do vlatania jest skrajnie różne, tak samo jak i sposoby jego uprawiania.
    Często słychać głosy osób, które uruchomiły dowolny symulator (podchodząc
    oczywiście do niego z odgórnym, pesymistycznym nastawieniem), wybrały pierwszy
    lepszy samolot i ich wyrok był oczywisty – „przecież to jest do bani, o czym wy
    w ogóle mówicie?” Ich ocena nie dziwi ich samych (wszak rezultat jest zgodny z
    ich wcześniejszym założeniem), ba mnie samego jak i większość środowiska też
    nie. Dziwią mnie (a właściwie to śmieszą) dyskusje próbujące przyrównywać
    latanie wirtualne do realnego, bo to są tak naprawdę dwie różne rzeczy – i nikt,
    ale naprawdę nikt tego nie ukrywa! Trzeba w odpowiednich momentach potrafić
    rozróżnić co jest co, gdzie kończy się granica kompetencji jednej frakcji, a
    zaczyna drugiej.
    By móc czerpać jakąkolwiek przyjemność z wirtualnego latania trzeba niestety
    poznać cały temat symulatorów „od podszewki” i zadać sobie pytanie do czego ma
    nam to służyć. Podziwiania krajobrazów za oknem? Real. Czucia wibracji silnika
    i zapachu lotniczej nafty? Real. Odczuć fizycznych? Real. Zarabiania pieniędzy
    latając? Real. Poznawania mnóstwa różnego rodzaju samolotów? Uczenia się
    nawigacji? Oblatywania przeróżnego rodzaju procedur? Ćwiczenia sytuacji
    niestandardowych, awaryjnych? Nauce frazeologii i komunikacji lotniczej? Próbie
    „spraktykowania” właściwie dowolnej wiedzy teoretycznej? Spojrzenia na
    zagadnienia lotnictwa kompleksowo?
    Jak pewnie zauważyliście od pewnego momentu przestałem udzielać odpowiedzi,
    wniosek niech będzie dowolny dla każdego i zgodny z jego umysłem i sumieniem.
    Dopiero wiedząc co nas interesuje jesteśmy w stanie posunąć się o krok dalej i
    zacząć myśleć o symulacji i realizmie. No właśnie – realizm. Ulubiona wręcz
    broń przeciwników vlatania. Słusznie? I tak i nie.  Żaden, ale to żaden symulator (nawet warty
    parę ładnych milionów euro FFS) nie odda absolutnie wszystkich aspektów
    związanego z lotem i tego trzeba być świadomym – zawsze i wszędzie. Dlatego w
    mojej opinii realizm to rzecz względna i to, że jeden samolot w fsie nie
    zachowa się poprawnie w korku, nie będzie oznaczało, iż nie stanie się tak z
    innym.  Wszystko zależy od przygotowania
    zewnętrznego softu, umiejętności programistów, podejścia do tematu. Można
    zrobić samolot w do FSa w 2 dni, ale można również i np. w cztery lata z
    udziałem dziesiątek real pilotów, zaprzęgnięciem realnego symulatora (i
    możliwości jego użycia w dowolnym momencie) i pod patronatem linii lotniczej.
    Ten ostatni przypadek dotyczy akurat A320 robionego przez pewną firmę (by nie
    siać kryptoreklamy), a zaangażowany w projekt jest chociażby realny ośrodek
    szkolenia Jetblue ;) Czy naprawdę uważacie, że gdyby nie prawdziwa pasja i
    nadzieja na zrobienie czegoś tak autentycznego, na ile pozwalają na to warunki ( i ograniczenia domowych PC, których podkreślę
    raz jeszcze wszyscy zrównoważeni są świadomi!)
     ten sztab ludzi zaangażowałby się w taki
    projekt? Odpowiedź jest chyba oczywista.
    Kolejny ciekawy mit dotyczy sprzętu służącego do vlatania (osławiony już
    joystick :-) ) A kto bogatemu zabroni? 
    Stać cię, masz siły, miejsce i samozaparcie?  A to zbuduj sobie w domu kokpit!









    A jak zbudujesz, poświęcając na to pot, krew, łzy i dziesiątki tysięcy
    zielonych, to nawet piloci z Centrala mający okazje go przetestować będą pod
    wrażeniem możliwości. Jest to przykład wzięty z życia mojego Przyjaciela Jacka
    jak i jego Żony Edyty (która jest tak samo zakręcona na punkcie symulatora jak
    on sam ;). Oprócz pilotów liniowych gościł (i gości) u siebie całą masę
    chociażby pilotów turystycznych, którym „dawał taki wycisk”, że chyba zapamiętają
    go na długo. Reakcje? Zawsze (nie ważne czy padające ze strony pilota 737, C152
    czy motolotni) przewyższające wyobrażenia na temat tego, co można zrobić w
    domu. A dlaczego właśnie takie? Bo są to ludzie na tyle inteligentni, że są
    świadomi ograniczeń symulatorów, natomiast nie odbierają chociażby ich walorów
    edukacyjnych i o to do wszystkich (nawet i sceptyków) z tego miejsca apeluję –
    wszak łączy nas wszystkich jedna pasja.

     

    FFS – full flight simulator – to ostatni, finalny etap szkolenia. Można go podzielić na dwa mniejsze cykle – sytuacje normalne (wdrażanie w praktykę SOP’u i wszystkich używanych „callout’ów”) oraz sytuacje awaryjne. Razem jest to 8 sesji symulatorowych po 3h (4 dla operacji normalnych, kolejne 4 dla awaryjnych). Let’s roll…

    Dzień piętnasty
    Wszystko zaczyna się w tzw. briefing roomie czy jak kto woli class roomie – malutkim pokoiku, gdzie do dyspozycji jest sporej wielkości plakat przedstawiający schematycznie kokpit A320, stół, krzesła, podręczniki i laptop. Poniżej można zobaczyć jak wygląda takie pomieszczenie (akurat na przykładzie 737NG):



    Przed pierwszymi zajęciami na FFS omawia się wszelkie zasady bezpieczeństwa („BHP” wszędzie czlowieka dopadnie ;) ): awaryjne zatrzymanie symulatora, gaśnice, ewakujace, latarki. Następnie to co będzie się na konkretnej sesji robiło, w naszym wypadku (m.in):
    - prezentacja w praktyce trybu normal law oraz jego zabezpieczeń (przed nadmierną prędkością, przechyłem, AOA, itp.)
    - Kręgi z widocznością
    - TCAS
    - zawrót na pasie o 180 stopni
    - przechwytywanie G/S od góry

    Warto w tym miejscu zaznaczyć, że część elementów ćwiczona była już na MFTD więc nie poświęca się im czasu na FFS (lub poświęca się go marginalną ilość). Kolejnym istotnym elementem, z którego trzeba sobie zdać sprawę to fakt, że każda z osób szkolących się (a w każdej sesji FFS są dwie osoby) wykonuje daną czynność jako PF (pilot lecący) oraz PNF (pilot nie lecący a monitorujący lot). Jest to konieczne, żeby każdy z pilotów przećwiczył obydwa scenariusze.
    Pierwsza sesja na FFS to także możliwość skonfrontowania swoich wyobrażeń na temat chociażby zasad działania A320 z rzeczywistością. Sidestick (joystick, którym się steruje) chodzi bardzo płynnie, wymaga tylko delikatnych ruchów – A320 z początku wydaje się naprawdę czuły… Ale to po prostu chyba kwestia przyzwyczajenia. Po kilku minutach spędzonych w „arbuzie” człowiek szybko się do niego przyzwyczaja i docenia jego właściwości lotne oraz systemy wspomagające pilota w locie…
    Szkolenie na FFS napięte jest do granic możliwości i najnormalniej w świecie gonią terminy, jedna załoga kończy sesję, druga zaraz zaczyna – i tak praktycznie przez cały czas. Po pierwszym dniu symulatora na dokładkę jest jeszcze bardzo dokladna prezentacja steru kierunku – głównie skupiająca się na jego ograniczeniach, efektywności działania, wytrzymałości, zasadach używania itp. Bardzo czuć tutaj wpływ katastrofy A300 American Airlines wynikającego właśnie z nieprawidłowego używania steru kierunku (efekt był taki, że ster po prostu fizycznie odłączył się od części samolotu, powodując kompletną utratę sterowności). Prezentacja zajęła ponad 1,5h i po pierwszym dniu praktycznych wrażeń można ją było uznać za… najzwyczajniej w świecie nudną ;-)


    • RSS